|
Moje ostatnie ważne spotkanie z Rosją, z jej kulturą, to szekspirowski „Król Lear” w reżyserii Andrzeja Konczałowskiego. |
|
Wcześniej zdarzyło się coś, o czym muszę powiedzieć, bo nie jest to u nas w stosunku do artystów rzecz zwyczajna: na jakieś pół roku przed moimi 60. urodzinami warszawski ratusz w osobie ówczesnego szefa stołecznych teatrów, Janusza Pietkiewicza, zaproponował mi, żebym sobie wybrał prezent jubileuszowy. Wybrałem „Leara” – skoro grałem już Hamleta, Otella i Mackbeta, pomyślałem, że nieźle byłoby mieć taką szekspirowską koronę ośmiotysięczników. Kiedy zadzwoniłem do Moskwy, do Konczałowskiego, nie musiałem ani powoływać się na naszą przyjaźń, ani w ogóle go namawiać – zgodził się od razu, tak jakby to było oczywiste, że jeśli ja mam grać „Leara”, to on go będzie reżyserował. Dla porządku, bo niektórzy nie mogą się w tym połapać: jest dwóch reżyserów braci Michałkowów – z tym, ze Nikita pozostał przy nazwisku ojca, bardzo lubianego kiedyś bajkopisarza i autora rosyjskiego hymnu, Andrzej natomiast, żeby się ludziom bracia nie mylili, używa panieńskiego nazwiska matki. |
|
Konczałowski jest reżyserem filmowym o międzynarodowej renomie, odniósł sukces nie tylko u siebie w Rosji i w Zachodniej Europie, ale także w Stanach, gdzie pracował blisko dziesięć lat. |
|
Wiedziałem, że robienie z nim Szekspira będzie czymś pasjonującym i niezwykłym. Z paru powodów. |
|
Nasz teatr, cokolwiek się z nim teraz dzieje, wywodzi się z tradycji romantycznej. Teatr rosyjski ma korzenie realistyczne, wyrasta z wielkiej realistycznej i psychologicznej literatury rosyjskiej, tak wspaniale opowiadającej o człowieku i jego sprawach, z Czechowa i scenicznej metody Stanisławskiego. Z tego wzięło się całe aktorstwo filmowe, to przejęło w pewnym momencie kino amerykańskie z jego realistycznym spojrzeniem na świat, to kultywowało słynne Actors Studio Kazana, czyli szkoła, którą Amerykanie znakomicie rozwijają do dziś. To wszystko ma źródła w Rosji. |
|
Od pierwszej próby widać było, że z Konczałowskim pracuje się zupełnie inaczej niż w telewizji czy z reżyserami naszych scen awangardowych, do czego przywykli już polscy aktorzy młodego pokolenia. A w „Learze” całkiem świadomie zgromadziliśmy młodą obsadę, w tym gwiazdy filmowe i telewizyjne od Cezarego Pazury, Marysi Seweryn i Przemka Sadowskiego, po najmłodszych – Agnieszkę Grochowską, Magdę Schejbal i Łukasza Garlickiego. Z jaką radością oni Konczałowskiego słuchali, wpatrywali się w niego okrągłymi oczami! |
|
Raptem zetknęli się z kimś, może po raz pierwszy, kto prowadzi z nimi długie rozmowy przy stole, ustala związki między postaciami, analizuje tekst – kto, z kim, dlaczego? Dlaczego tak, a nie inaczej, jaki się w tym kryje podtekst? I czemu nie został przez Szekspira wyłożony wprost? Może to na przykład podtekst erotyczny? Co też ci szekspirowscy bohaterowie tak naprawdę noszą w zanadrzu, zbrodnie czy nieszczęście? I tak dalej, i tak dalej… A potem jak się to wszystko przekłada na działania na scenie. |
|
Te próby były lekcją naprawdę głębokiego aktorstwa i – choć paradoksalnie to zabrzmi – dla moich młodych kolegów czymś całkiem nowym. Fascynującym. Mimo że cholernie lubimy być nowocześni, a Konczałowski na pozór jakoś do tej nowoczesności nie całkiem pasował. I pokpiwał sobie z postmodernizmu. I kompletnie lekceważył krytyków. |
|
A dla mnie było to kolejne spotkanie nie tylko z Konczałowskim, przyjacielem i wybitnym artystą, ale i z jego Rosją. |
|
Miałem takich spotkań mnóstwo. Z Wysockim, wcześniej z Okudżawą dzięki nim wielu ludzi mojego pokolenie nauczyło się rosyjskiego, którego nie bardzo chcieliśmy uczyć się w szkole, choć, a może właśnie dlatego, że był wtedy językiem obowiązkowym. |
|
Grałem „Beniowskiego” i „Hamleta” na najsłynniejszych rosyjskich scenach i na scenie petersburskiego Maneżu, w którym mieści się dwa i pół tysiąca widzów. To, co się tam działo nie zdarzyło mi się ani przedtem, ani potem i myślę, że w ogóle zdarzyło się niewielu aktorom. Ofiarą tego padł w Moskwie nasz ambasador, którego szacowną osobą wytłuczono szyby w drzwiach do teatru, taki był tłum przy wejściu. Kiedy kłaniałem się po kolejnym przedstawieniu, nagle usłyszałem jakiś nietypowy hałas – to na scenę leciały pluszowe misie, króliczki, małpki, dziesiątki, setki zabawek. Dwie godziny wcześniej powiedziałem w jakimś telewizyjnym wywiadzie, że właśnie dziś są trzecie urodziny mojego synka Rafała... |
|
Za sprawą filmów Wajdy osiągnąłem w Rosji popularność graniczącą z zakochaniem. Taki trochę cudzoziemiec, a jednak swój, bo Słowianin. Uważam to za dar od losu i bardzo cenię. Właśnie wróciłem z Hanta-Matijska na Syberii, gdzie zasiadałem w jury międzynarodowego festiwalu filmowego. |
|
Daniel Olbrychski |