Strona Główna| Program| Władze| Oddziały| BT Kalinka| Centrum Promocji| Komisje| Partnerzy| Aktualności| Galeria| Sprawy Wschodnie

Rosjanie znowu modni we Francji
„Nowi Ruscy” przed i za kamerą

Szłykow, moskiewski taksówkarz, w rewanżu za niewielki dług bierze w jasyr wirtuoza saksofonu. Wyrzuconemu przez kochankę artyście daje kąt do spania, poi wódką, obraca stopniowo dłużnika w niewolnika. Ljosza (w tej roli Piotr Mamonow) szoruje taksówkarzowi samochód, nosi paczki z mięsem od kochanki-sklepikarki, pełni także funkcję nadwornego błazna Szłykowa. Między taksówkarzem a saksofonistą powstaje szczególna więź sympatii-nienawiści. Odpracowanie długu staje się sprawą drugorzędną. Taksówkarz chciałby zawładnąć duszą artysty. Przypadek sprawi, że Ljosza zostanie „odkryty”, stanie się bożyszczem medialnym, którego wnet pełno w telewizji i na ulicznych bilboardach.
Czy zdarzyło się kiedyś, aby fabuła filmu antycypowała jego przyszły sukces światowy? A los bohatera ekranowego zapowiadał nieoczekiwana karierę samego reżysera? Owszem. Taki fakt miał miejsce za sprawą Marina Karmitza (m.in. producent „Trzech kolorów” Kieślowskiego) w przypadku debiutu Pawła Łungina „Taxi Blues”! Na 43. MFF w Cannes startujący po raz pierwszy zagranicą debiutant – i to od razu w Konkursie Głównym – wywozi stad nagrodę za reżyserię.

Talent? Entente cordiale? Czy jedno i drugie
Po latach zmasowanego szturmu filmów pieriestrojkowych (Nagroda Specjalna Jury dla Abuładzego „Pokuty”; Camera d’Or dla Witalija Kaniewskiego za film „Zemrzyj, umrzyj, zmartwychwstań”; wreszcie nagroda za reżyserię „Taxi Blues”) rosyjscy biznesmeni i artyści są częstymi gośćmi Cannes i okolic. Nie każdy kto z dzielnicy „białych Rosjan” przy bulwarze Aleksandra III zmierza do Pałacu Festiwalowego nadmorskim deptakiem la Croiset musi wiedzieć, że nosił on kiedyś nazwę carycy Katarzyny II. Ale prawie wszyscy wiemy, że Niceę zdobi przepiękna prawosławna bazylika z symbolicznym sarkofagiem członków carskiej rodziny Romanowych. Rosyjsko-francuska entente cordiale zdaje się trwać nadal.
Nie dziwi więc, że na dwa lata przed nagrodzonym wysoko w Cannes dziełem Nikity Michałkowa „Spaleni słońcem” (także zagraniczny Oscar’95) pojawił się tu z kolejną rosyjsko-francuską koprodukcją również Paweł Łungin.
Jego konkursowy „Lunapark” opisuje bandę tzw. śmieciarzy, która założyła swą kwaterę główną w rejonie moskiewskiej dzielnicy rozrywek, karuzeli i diabelskich młynów. Celem tej nacjonalistycznej grupy, której przewodzi Andriej i jego matka – Aliona, szefowa lunaparku – jest „oczyszczenie Rosji”. Uwolnienie ojczyzny od „obcych”: obcokrajowców, pedałów, ćpunów i Żydów. Gdy Aliona powie któregoś dnia Wodzowi, że on sam jest pół-jewrejem, zbulwersowany Andriej postanawia odnaleźć nieznanego ojca. Okaże się nim oryginał i muzyk Naum Blumsztein. W jego mieszkaniu znajdują przyjazny azyl ludzie rozmaitych środowisk: uczeni i mafiosi, prostytutki i obcokrajowcy-goście.
Spotkanie ojca z synem zapowiada dla obydwu odrodzenie. Ale sfrustrowana Aliona i banda „śmieciarzy” wywiera nacisk na przywódcę, by za wszelką cenę zniszczył Nauma i otaczający go świat...
W „Lunaparku” powracają wątki znane już z debiutanckiego „Taxi Blues”; film zrealizowany jest w podobnej konwencji – brutalnej, popieriestrojkowej „czernuchy”. To film ważny, profesjonalnie zrobiony. Ze świetną kreacją Olega Borysowa, znanego z pieriestrojkowych filmów Wadima Abraszydowa („Plumbum”, „Koniunkcja planet”). Ale pieriestrojka zawaliła się razem z Czarnobylem, puczem Janajewa. Jelcynowską anarchią i „smutą”. W przededniu doby jelcynowskiego pomazańca Rosjanie szukają jakiejś nowej linii życia.

„Ożenek” międzysezonu
Zakorzeniony już nad Sekwaną Łungin uprawia swoisty płodozmian. Montażowy portret Majakowskiego oraz dwa filmy dokumentalne – „Eskimosi: niepotrzebny lud” oraz „Nicea: Mała Rosja” – poprzedziły kolejną rosyjsko-francuską koprodukcję: „Swadźba”, „La Noce”. Współproducentka Catherine Dussard mówi: „Niewątpliwie Paweł jest z tych filmowców, którym udaje się pokazać prawdziwie dzisiejszą Rosję. Tym razem nakręcił komedię międzysezonu...” Dodajmy post jelcynowskiego. Treść?
Wróciwszy z „gościnnych występów” w Moskwie do górniczego miasteczka w stagnacji i bezrobociu, piękna Tania wzbudza dawne zapały w sercu szkolnej sympatii. Zakochany Miszka chce się natychmiast żenić. Ale górniczej rodziny nie cieszy przyszła synowa. Dziadek nazywa ją „kreaturą”. Ojca martwi pęczniejąca lista gości, których – za pożyczone od milicjanta pieniądze – trzeba na swadźbę zaprosić.
Choć tytuł „Ożenek” z Gogola, choć kanon sowieckich pieśni w wykonaniu mocno zaćpanych biesiadników-naturszczyków wyraża prawdziwie nieutulony żal za ZSRR... ta komediofarsa weselna, bardziej niż Gogolowi, bliższa jest Zanussiego „Kontraktowi”. Przez wspólny, refleksyjny ton duchowo-społecznej zapaści. Problemowi powiązań elit, sfer gospodarczych z mafią, służy wątek eks-kochanka i protektora Tani, obwieszonego orderami „barona węgla i stali”. Słowem: i straszno i smieszno.
Kino Pawła Łungina podobne jest do rosyjskich „matrioszek”. Każdy poprzedni film kryje w sobie zalążki przyszłego. Wątek ledwie naszkicowany urasta z czasem do rangi problemu podstawowego. Pora więc przejść do kolejnego filmu Pawła Łungina, o którym głośno było w opiniotwórczych mediach światowych.

„Oligarcha”, czyli – rosyjski Kane Tytułowym oligarchą jest niejaki Płaton Makowski (w tej roli gwiazdor Bodrowa i młodego Czuchraja – Włarymir Maszkow), który – jak wielu innych skrytobójczo zamordowanych biznesmenów – traci życie w zamachu. Początkowo naukowiec, Makowski w nowym tysiącleciu został jednym z najpotężniejszych finansistów. Prowadząc dwuznaczne interesy, mnożąc podstępnie uciułane kapitały, biznesmen zbudował istne imperium ekonomiczno-polityczno-medialne. Na gruzach ZSRR oraz ideałów młodości. Po skrytobójczym zamachu, w toku policyjnego śledztwa, poprzez okruchy zeznań przyjaciół, bliskich, współpracowników, film rekonstruuje – trochę na zasadzie puzzle’a – historię równie błyskotliwego, co dwuznacznego „Obywatela M.”.
Zarówno w dramaturgicznej konstrukcji filmu, jak i podobieństwie losów bohaterów uderza analogia między Orsona Wellesa szedewrem „Obywatel Kane”, inspirowanym osobą magnata prasowego lat 30.-40. Hearsta, a „Nowym Ruskim” Łungina portrecie Bieriezowskiego, utkanym z fikcji i faktów. Niewątpliwie realny zapis wideo kompromitujący dygnitarza kąpiącego się razem z nagimi prostytutkami miksowany jest montażowo z wybuchem bomby podczas pogrzebu mafiosa. Czy też fikcyjną raczej sceną partii bilardu rozgrywanej przez oligarchę z jego kandydatem w wyborach prezydenckich.
Wszyscy recenzenci filmu zgadzają się w jednym. „Oligarcha” – najbardziej amerykański w „estetyce puzzla” utwór Pawła Łungina – jest rodzajem politycznego thrillera akcji; filmem rzucającym snop światła na nowe społeczeństwo rosyjskie doby putinowskiej.
Osobliwością neokapitalizmu rosyjskiego jest zgromadzenie wszystkich warstw społecznych wokół Złotego Cielca. Jak pisze francuski krytyk Daniel Vernet – w tym układzie społecznym gdzie „jeden łajdak kryje drugiego...” (cytat z filmu) istnieje niezdrowa relacja między pieniądzem a pracą. A Paweł Łungin dopowiada: „Sukces, bogactwo, to jak łaska Boska, której doznajesz lub nie...”.
Czy doznamy kiedyś łaski obejrzenia na dużym ekranie któregoś z kilku, nagrodzonych na kolejnych festiwalach filmów Pawła Łungina?

Adam Horoszczak