|
Aleksandr Sokurow, urodzony w 1951 r. na Syberii, nowatorski filmowiec, autor kilkudziesięciu filmów różnych form,
gatunków i metraży, uchodzi za canneńskiego bywalca - laureata. Z pięciu filmów zaproszonych w bieżącej dekadzie do konkursu
głównego - „Moloch” (1999) wywiózł stąd nagrodę za scenariusz; „Taurus” (2000) i „Rosyjska Arka” (2002) były w selekcyjnym zestawie;
„Ojciec i syn” dostał w 2003 r. Prix FIPRESCI. W tym roku do Cannes pojechała „Aleksandra”, obraz o wojnie rosyjsko-czeczeńskiej,
który – jak mówi sam Aleksandr Sokurow – filmem o wojnie nie jest. W Cannes „Aleksandra” przez długi czas uchodziła za faworyta,
nagrody jednak nie dostała. Czy słusznie?
|
|
Reżyser z powodu choroby nie był obecny, organizatorzy odwołali więc tradycyjną konferencję, która zwykle odbywa się po seansie.
Z konieczności z press-book’u przytaczam wypowiedzi Aleksandra Sokurowa i odtwórczyni roli Aleksandry.
Jest nią Galina Wiszniewskaja, znana śpiewaczka operowa, wdowa po Mścisławie Roztropowiczu. Dysydenckiemu małżeństwu dopiero
po roku 1990 przywrócono rosyjskie obywatelstwo.
Po prezentacji na MFF w Locarno dokumentu „Elegia życia: Roztropowicz, Wiszniewskaja” Aleksandr Sokurow zaprosił Wiszniewską do
swego filmu pełnometrażowego. Nie mogłam odmówić roli – mówi artystka. Zgodziłam się z Sokurowem, że film o współczesnej
Czeczenii jest niezwykle ważny! Bez bombardowań, strzelaniny, można w kameralnej opowieści pogłębić złożoność dramatu.
Co więcej, właśnie w moim losie i charakterze reżyser dojrzał szansę dojścia prawdy. Nie ma tu żadnej łopatologii,
moralizowania. (...) Dialogi są krótkie, brak inscenizacji, wszystko w naturalnej scenerii przedmieść Groznego,
gdzie położona jest baza. Jest tu nawet scena mojej „wspinaczki” na pojazd pancerny. Nie znamy przeszłości protagonistów.
Z dialogowych aluzji można domniemywać, iż moja bohaterka była nauczycielką, żoną wojskowego. Teraz w wojsku jest jej wnuk.
To, po prostu, rosyjski los. Rosyjska kobieta, której oczami ogarniamy sytuację. Zejść z czołgu i przywrócić pokojowe życie – jest
tym, co najtrudniejsze w dzisiejszej Czeczenii – konkluduje artystka.
Nie ma wojny w tym filmie o wojnie – mówi Aleksandr Sokurow. Nie lubię fabularnych filmów wojennych. Te wszystkie jaskrawe są
dla mnie fałszywe, nawet wulgarne. Na wojnie nie ma miejsca na poezję i piękno, nie należy jej obrazować w sposób „poetycki”.
Horror wojny jest niewyobrażalny, jak tragizm unicestwiania człowieka. (...) Tytuł „Aleksandra” był tymczasowy. Ale producenci
rosyjscy i francuscy postanowili go zachować. Zresztą w imieniu Aleksandra znajduję jakiś uniwersalizm, ślad antyku, drogę do
postaci wpółsymbolicznej. (...) Pojęcie współczesności jest relatywne. Jako syn oficera mieszkającego w wielu miastach
garnizonowych, nie dostrzegam żadnej egzotyki w życiu wojskowym. Opowiadamy w filmie „Aleksandra” o sprawach powszechnych,
tyczących nie wyłącznie nas, Rosjan. Moją heroiną mogłaby być jakaś Amerykanka składająca wizytę wnukowi wysłanemu do Iraku,
czy Angielka odwiedzająca syna w Afganistanie. Znam straszliwą cenę pokoju w republice Czeczenii. Wiem o zbrodniach i
cierpieniach ludności. Lecz wojna ustała i musimy zwrócić się ku sobie, uznając wzajemnie swe winy i ofiary.
Nasz film relacjonuje historię pewnych odwiedzin i – w żadnym momencie – nie jest aktem polityki. W „Aleksandrze”
szukamy dróg ludzi ku sobie. I je znajdujemy, mam nadzieję... – kończy reżyser.
|