|
Przestudiowałem w czerwcowym „Przeglądzie” rozmowę z Michaiłem Szwydkojem. Rozmowa ciekawa, bo i rozmówca ciekawy.
Dzisiejszy szef federalnej Agencji Kultury i Kinametografii usiłuje zrozumieć mechanizm polskiego nawyku postrzegania współczesnej
Rosji jako wrogiego Polsce imperium. Jako kraju, gdzie nad Kremlem nadal łopoce czerwony sztandar, a wszystkim zarządza facet,
który udaje wprawdzie Gorbaczowa, lecz mentalność ma Breżniewa. Zdezorientowany nieco Szwydkoj konstatuje, że jest
to opowieść o jakimś nieznanym mu kraju. „Rosja stała się innym państwem – stwierdza. Oczywiście, sami jeszcze do końca nie
zdefiniowaliśmy własnej tożsamości. (Ale) nam jest trudniej to zrobić, niż Polsce – jesteśmy przecież państwem wielonarodowym,
wielokulturowym”. Tymczasem tendencja do odbierania Rosji 2007 jako republiki Kraju Rad ciąży wyraźnie nad polskim
myśleniem o wschodnim sąsiedzie.
Przy tym każdy z Polaków wierzący ślepo w tę opowieść, uważa z drugiej strony, że w ostatnim osiemnastoleciu Polska
zmieniła się właściwie w stu procentach. To my jesteśmy całkiem nowym państwem. Inna struktura i ustrój, inna skala wolności,
inne domowe budżety, inne ludzkie plany i ludzkie możliwości, kompletnie inna młodzież. Nawet bieda teraz inna, co nie znaczy,
że mniej dla dotkniętych nią uciążliwa. Czy to możliwe, że u nas zmieniło się wszystko, zaś u nich wszystko zostało po staremu?
Skąd ta powszechna wiara, że kremlowskie kuranty czas mierzą inaczej?
Z tej wiary rodzi się lęk, a częściej po prostu nieufność. Postawa taka uwyraźnia się nawet u ludzi o proweniencji lewicowej.
Zwłaszcza u tej lewicy, rzekłbym instytucjonalnej. Może to się komuś wydawać zaskoczeniem, a jest zjawiskiem najłatwiejszym
do wytłumaczenia. Po sławetnym okrzyku z sejmowej trybuny Leszka Moczulskiego „Płatni Zdrajcy, Pachołki Rosji!”,
gwiazdorzy polskiej lewicy cierpią od lat na kompleks Rosji. Żeby go w sobie zagłuszyć, na samo słowo „Rosja”
natychmiast warczą – niczym ów przysłowiowy pies Pawłowa – w złudnej nadziei, iż te wrrr zniweluje podejrzenia,
że im ogon na wspomnienie matuszki Rosiji od razu przymilnie merda. Rosja? – wrr! W rezultacie, iżby w Polsce
dyskutować o Rosji normalnie, lub - nie daj Boże! – wejść z Rosją w komitywę, trzeba być politykiem prawicowym lub
prawicopodobnym. Andrzej Lepper doktoraty honoris causa inkasuje sobie za Bugiem na pęczki, a nikt mu nie wymyśla,
że zeń rusofil. Co najwyżej, że pajac.
Ojciec Rydzyk emitował audycje swojego Radia Maryja na wynajętych od rosyjskiej armii częstotliwościach – niechby
na przykład „Trybuna” spróbowała wejść w podobne układy ze wschodnim sąsiadem! Lech Wałęsa pił wódkę z Borysem Jelcynem,
a nawet zachwycał się, że ma taką mocną głowę. Aleksander Kwaśniewski siorbnął skromny aperitif podczas wizyty w
Charkowie i od razu poszedł w ojczyźnie hyr, że tak się urżnął, iż ustać na nogach nie był w stanie!
Należy uznać za pewnik, że kremlowscy analitycy trafnie rozszyfrowali podteksty tych wszystkich polskich psychoz,
po czym wyszło im, że Putin plany normowania stosunków z Polakami wiązać musi jedynie z ludźmi polskiej prawicy.
Zaraz po październikowych wyborach w 2005 roku nasi kremlolodzy lansowali też tezę, że Putina Kaczyńscy „zaciekawiają”.
Może zresztą i zaciekawił go fakt, że średniej wielkości krajem europejskim zarządzają bracia bliźniacy. I chciał się im z
bliska przyjrzeć. Nadzieja i ciekawość szybko mu minęły, kiedy posłyszał, jak bliźniacy warczą. Niby oni prawicowcy,
lecz warczą na Rosję, jak stare komuchy. A komuchów Putin nie lubi. I własnych, i cudzych...
I kto wie, czy właśnie ów brak „chemii” między przywódcami nie jest źródłem długiego łańcucha złych zjawisk,
takich jak rurociąg bałtycki, embargo na mięso i tak dalej, i tak dalej. Michaił Szwydkoj zastanawia się w „Przeglądzie”
nad społecznymi uwarunkowaniami niekorzystnych dla Rosji nastrojów wśród Polaków, a powinien sobie przypomnieć broszurkę,
którą na pewno studiował w młodości: „O roli jednostki w historii” Plechanowa. Przywódcy za sobą nie przepadają i natychmiast
narody na siebie warczą. Wystarczający dowód na aktualność tych plechanowowskich tez to sytuacja, gdy przez jeden,
jedyny dzień stosunki polsko-rosyjskie nagle znormalniały. Ten jeden dzień to było wtedy, kiedy Ludmiła Putin gościła w
Petersburgu Marię Kaczyńską. I niebo nad naszymi krajami rozświetliło słoneczko. A nazajutrz znów było pochmurno.
Że tak być powinno? Ano nie powinno. A co z tym fantem zrobić? Chyba należy poczekać na nowych prezydentów.
W końcu to już nie tak długo.
DYŻURNY
|