|
Mówi o sobie: „jestem dzieckiem szczęścia”. Bo jest! Zgodnie z tytułem autobiograficznej książki, Olbrychskiemu
latają „Anioły wokół głowy”. Dziedzicząc po Maćku Ch. z „Popiołu i diamentu”, wraz ze zdobycznym wermachtowskim kubkiem
we „Wszystko na sprzedaż”, legendę „aktora pokoleniowego” – Daniel był pierwszym laureatem „Ekranowej”
Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego.
Aktor powtarza w wywiadach, iż miał dwóch ojców w Sztuce, Adama Hanuszkiewicza, który wprowadził go na scenę Teatru Narodowego
w mickiewiczowskiej „Młodości” (rzecz o filomatach i filaretach wileńskich), obsadzając Daniela – następnie –
w tytułowych rolach szekspirowskich. KTT napisał ongiś w „Kulturze”, iż „Hamlet” Olbrychskiego był „...krzykiem pokolenia 68”!
Równolegle z Hanuszkiewiczem ojcował Olbrychskiemu Mistrz Wajda. To on, w 12 nakręconych wspólnie filmach -
od Rafała z „Popiołów” na Dyndalskim z „Zemsty” kończąc – osobowość młodego aktora z filmu na film formował.
Wydobywając w ekranowym Rafale Olbromskim kordianowskie rysy Polaka w konflikcie z Historią; zachwycając się
poetycką ludowością Pana Młodego w „Weselu” (1973); ujawniając nutę refleksji egzystencjalnej w ekranizacjach
iwaszkiewiczowskich - nominowanych do Oscara „pannach z Wilka”, albo w „Brzezinie”.
Wspomina Olbrychski: Wajda dawał mi często role „na wyrost”, „za duże”. 25-latek grałem w „Brzezinie” wdowca, ojca małej córeczki.
Dylematem postaci była kwestia: czy Bolesław kochał żonę, kiedy ta jeszcze żyła? Spytałem o to na planie
Iwaszkiewicza. „Chcesz płakać na jej grobie?” – „Nie!”. – „Będę przesłuchiwał Olę, jak policjant śledczy (...)
zacząłem improwizować...”. Wyszła z tego okrutna psychodrama. Dziewczynka się popłakała. Ja – też...”.
Może właśnie ten dramatyzm przeżyć na planie sprawił, że jury MFF w Moskwie ’71 przyznało Danielowi Olbrychskiemu
nagrodę za najlepszą kreację męską Bolesława – leśnika w „Brzezinie”.
Piękną pointą dla tamtej nagrody jest wspaniały laur – nagroda im. Konstantego Stanisławskiego - jakim za całokształt
twórczości uhonorowali naszego Daniela jurorzy Międzynarodowego Festiwalu w Moskwie – 2007 roku. Wręczał go
polskiemu artyście sam Claude Lelouch, przewodniczący jury. I od razu pamięć przywołuje inne zaszczyty,
jakie zdobią aktorska biografię Olbrychskiego. W 1981 roku Japończycy po publicznym plebiscycie ogłosili
go najlepszym aktorem świata. W 1984 otrzymał Legię Honorową. W 1999 w słowackich Trencianskych Teplicach
wmurowano mu honorowa tablicę na tamtejszym Moście Sławy.
Szczególnie znaczący, dla aktora łączącego różne kultury, tradycje i światy okaże się debiut Jolandy
Zauberman „Ja Ivan, ty Abraham” (1998). To historia przyjaźni miedzy dwoma chłopcami, Ivanem i Abrahamem,
którym zapalony jeździec i hodowca, Stefan – ofiaruje źrebaka. Dla kogoś, kto nie rozstaje się z siodłem
kawaleryjskim, wożonym nawet w bagażniku sportowej hondy; kto przyjaźnił się z Wołodią Wysockim i Okudżawą
wcześniej niż Ozierow kazał mu być kapitanem Dabrowskim w epickim 5-częściowym „Wyzwoleniu”; wcześniej niż
Nikita Michałkow zrobił zeń (epizodycznego, niestety) tłumacza i poputczyka Douglasa McCrackena,
specjalisty od strzyżenia „syberyjskiej tajgi” w melo-eposie historycznym „Cyrulik syberyjski” – była to,
moim zdaniem, próba dochowania życzliwej sympatii do „przyjaciół Moskali”.
Pochodzę z Polesia – mówi Daniel Olbrychski („Polityka”, 2007, nr 28) – skąd zawsze było bliżej do
wschodniej granicy i do naszych dawnych Kresów. A wychowany byłem na Mickiewiczu, Słowackim, Sienkiewiczu,
czyli na naszej literaturze kresowej. Nie czułem nienawiści do Rosjan, mimo że dobrze znałem historię...”.
I jeszcze: ...Rosjanie są bardzo różni, każdy z moich przyjaciół był inny, nawet Nikita Michałkow ze swoim
bratem Andriejem Konczłowskim się różnią...
I na zakończenie jeszcze jeden cytat. Tym razem z pierwszego numeru naszych „Spraw Wschodnich”,
gdzie Olbrychski mówił o swym spotkaniu z Konczałowskim, przy realizacji szekspirowskiego „Króla Leara”
w warszawskim Teatrze na Woli.
Miałem takich spotkań mnóstwo. Z Wysockim, wcześniej z Okudżawą, dzięki nim wielu ludzi mojego pokolenia
nauczyło się rosyjskiego, którego nie bardzo chcieliśmy uczyć się w szkole, choć, a może właśnie dlatego,
że był wtedy językiem obowiązkowym. (...) Za sprawą Wajdy osiągnąłem w Rosji popularność graniczącą z zakochaniem.
Taki trochę cudzoziemiec, a jednak swój, bo Słowianin. Uważam to za dar losu i bardzo cenię.
Adam Horoszczak
|