Strona Główna| Program| Władze| Oddziały| BT Kalinka| Centrum Promocji| Komisje| Partnerzy| Aktualności| Galeria| Sprawy Wschodnie

Ze STEFANEM NAWROTEM, przewodniczącym ZK Stowarzyszenia Współpracy Polska – Wschód rozmawia Witold Filler


Wolę małe sukcesy, niż wielkie nicnierobienie

 

- O polskiej polityce wschodniej do tej pory wypowiadali się w niniejszym cyklu działacze państwowi – ministrowie, parlamentarzyści. Pan, jako reprezentant organizacji społecznej, ma zapewne nieco odmienny punkt widzenia na te sprawy?

- To zrozumiałe. Nas nie obciąża bagaż państwowych traktatów, politycznych dyrektyw i nierozliczonych rachunków z przedwczoraj. Oczywiście, o historii i my musimy pamiętać. Katyń, gułag, wszechwładza NKWD – to ciąży na świadomości każdego Polaka. Ale praktyczne doświadczenia z wieloletniej pracy mego Stowarzyszenia nakazują nam wprowadzić do bilansu także pamięć o ludzkich przyjaźniach, tak często łączących Polaków z tymi zza Buga. Nie do nas szczęściem należy wyprowadzanie całościowego salda z tych skomplikowanych rozliczeń. My uprawiamy „dyplomację społeczną”, żeby posłużyć się tu popularnym rosyjskim określeniem - „narodnaja dyplomacja”. Ta dyplomacja małych kroków to codzienny kontakt z partnerem na różnym szczeblu, w różnych formach i w różnych okolicznościach. Sprawdzianem jej skuteczności zdaje się być fakt, że mimo braku formalnych umów zaistniała – i od lat się rozszerza – wymiana ludzi, idei, przemyśleń, ofert gospodarczych i inicjatyw kulturalnych. Istnieje zwłaszcza wyraźne zapotrzebowanie na współpracę w sferze kultury. Zresztą nie tylko w ramach naszego Stowarzyszenia, którego możliwości są – z różnych przyczyn – dość ograniczone, ale w skali całej Polski. Jest to przy tym Polska występująca pod postacią federacji województw i miast, które dzięki sieci dwustronnych umów są w stanie realizować imponującą liczbowo i jakościowo wymianę twórców, ansambli i dzieł. W niedawnej wypowiedzi dla polskiej edycji „The Wall Street Journal” mówił o tym ambasador Federacji Rosyjskiej w RP, Władimir Grinin, akcentując, że „trzeba stymulować te strefy współpracy, gdzie kształtują się warunki dla systematycznego i stabilnego rozwoju”.
W moim rozumieniu front „dyplomacji społecznej” to także „polityka wschodnia”. I to całkiem konkretna, choć nie pretendująca, oczywiście, do zastąpienia oficjalnych kanonów polityki w wymiarze państwowym.


- A czy Stowarzyszenie Współpracy Polska – Wschód nie odczuwało nigdy pokusy, iżby wmieszać się w nurt tej wielkiej polityki??

- Odpowiem dykteryjką. Zresztą całkowicie prawdziwą. Podczas kampanii wyborczej do Sejmu w 2001 roku odwiedził stołeczny aktyw Stowarzyszenia pan Marek Borowski. Nie wygłosił do uczestników spotkania żadnej prelekcji wstępnej, lecz od razu zaproponował, by zacząć od prezentacji naszych poglądów. Po dwóch godzinach wartkiej i treściwej dyskusji zamknął ją konkluzją: „No i w ten sposób powstał program polskiej polityki wschodniej!”. Jak pamiętamy, socjaldemokracja wygrała ówczesne wybory, Borowski został Marszałkiem Sejmu. I już nigdy nie wrócił do tamtego spotkania. Ani poprzez kontakt osobisty, ani poprzez pamięć o tamtych wnioskach. W wyborach 2005 Borowski posłem już nie został, do władzy doszli ludzie, którzy Rosji po prostu nie znali. Za punkt wyjściowy do polityki wschodniej wystarczyły im stereotypy zapamiętane z dzieciństwa. O narodzie w fufajkach, który rabował Polakom zegarki. Pretensje PiS-u do niegdysiejszej polityki stalinowskiego ZSRR wobec Polski miały swoje umocowania w historii, ale przy tej okazji degradowano także obywateli Kraju Rad. To nie wyzwoliciele, ale motłoch!

- Czy Pan aby jednak trochę nie upraszcza?

- Może i upraszczam. Szczęściem ważniejsze miało się okazać to, że ta próba degradacji Rosjan jako ludzi nie całkiem się powiodła. Choć w tamtym wojennym impecie nie tylko kradli zegarki, lecz prowokowali sytuacje stokroć gorsze, jak w każdej armii idącej w walce do przodu. A potem, do 1955 roku, dołączyły się do tej złej listy okrutne wyczyny beriowskich struktur. Ale Polacy jako naród nie żywią nienawiści wobec Rosjan. Paradoks historii miał natomiast sprawić, że dziś to Rosjanie nie lubią Polaków. W naszej prasie mnożą się artykuły, które taki stan odnotowują. Tyle że nikt nie pisze, że to po prostu reakcja rosyjskiej opinii publicznej na styl prezentacji Rosji w polskich mediach.
A prezentacja ta jest jawnie jednostronna, w dodatku rażąco wyrywkowa. Konsument polskich mediów jest systematycznie informowany o życiu politycznym w Stanach Zjednoczonych. O tym, co preferuje Obama i kto finansuje Hillary Clinton, a także o wszystkich, licznych odcieniach republikańskiego neokonserwatyzmu. Jego wiedzę na te tematy mogą wzbogacić obfite przedruki z amerykańskich gazet. Może też sobie poczytać wnikliwe analizy na temat polityki Sarkozego, Zapatero oraz tureckich islamistów. Tymczasem obraz Rosji w naszych mediach to niekończąca się wyliczanka afer, katastrof, bezhołowia i bezprawia, którym z reguły patronuje wszechmocny Kreml. Przedrukowywane u nas próbki oryginalnych materiałów rosyjskich to wyłącznie napastliwe felietony tamtejszych odpowiedników Jerzego Urbana, wyszydzające prezydenta Putina. W tym samym czasie do redakcji głównych pism polskich posyłany jest przez Agencję Novosti jej znakomity periodyk „Rosja w globalnej polityce”, z którym współpracują takie autorytety, jak Siergiej Karaganow, Michaił Dielagin czy Jurij Dubinin. Nie trafiłem jakoś w polskiej prasie na żaden przedruk z tego czasopisma!
Efekty tej swoistej indoktrynacji nie tylko mają kształtować sądy statystycznego Polaka. One docierają – i to jest również ich celem – do opinii rosyjskiej, gruntując tam przeświadczenie o antyrosyjskich nastrojach w Polsce. Przeświadczenie, moim zdaniem, dość powierzchowne. Nie uwzględnia ono na przykład faktu, iż w naszym kraju rozwija się, i to prawdziwie dynamicznie, zainteresowanie rosyjską kulturą (na afiszach warszawskich teatrów jest stale ze dwa, trzy rosyjskie tytuły, i to współczesne!) oraz językiem, którego już nie zaspokajają rusycystyki polskich uniwersytetów. Mógłbym wyliczyć co najmniej kilkadziesiąt w skali kraju adresów prywatnych, odpłatnych kursów nauki rosyjskiego! Nasze stowarzyszenie już po raz trzydziesty ósmy organizuje olimpiadę języka rosyjskiego, w której każdorazowo bierze udział kilka tysięcy młodych ludzi. Odbyła się właśnie ósma olimpiada języka białoruskiego...


- Właśnie! I tak się jakoś przyjęło, że mówiąc o polityce wschodniej myśli się wyłącznie o Rosji. A jest tam przecież także Białoruś, Gruzja, Kazachstan, Mołdowa, Ukraina...

- Ukraiński dyplomata, Genadij Udawienko zwykł mawiać, że dla Polski Ukraina to nie Wschód, lecz Południe! Mówiąc zaś serio, stosunki Rzeczypospolitej z każdym z państw WNP to odrębny kompleks. Niedopowiedzeń, zasadzek, pytajników, a czasem rewelacji i sukcesów. Odrębny, bo też z reguły wiążący się z odmiennymi motywacjami. Zarówno nas, Polaków, jak też społeczeństw tamtych krajów. Stosunki gospodarcze rozwijają się z reguły najbardziej dynamicznie. Nawet w przypadku Białorusi żyją one własnym życiem, niezależnym od znanych utarczek z rządem Łukaszenki. Jest pogłębiająca się współpraca z Gruzją, są ciekawe widoki na współpracę (nie tylko w zakresie energetyki) z innymi krajami regionu kaspijskiego.
Fakt, że gospodarka uniezależniła się od polityki oceniam pozytywnie. To symptom XXI wieku. Nasze Stowarzyszenie usiłuje i tutaj praktykować zasady wspomnianej „dyplomacji społecznej”. Udaje się to nam szczególnie w wypadku Białorusi i Kazachstanu. Żal, że kuleje turystyka. Zresztą z obu stron. Właśnie rozmawiamy o tym z partnerami kazachskimi – dziś ukochali sobie oni Karlove Vary, namawiamy ich na Dolny Śląsk. No, ale to zadania na przyszłość.
Rozmawiał: Witold Filler